Konrad Ratyński urodził sie 8 lipca w Radomiu kilkadziesiąt lat temu. Biorąc pod uwagę jego 40-letnią pracę estradową i artystyczną można by powiedzieć, iż było to dawno temu. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę fakt, że ma on głowę pełną pomysłów muzycznych i wciąż niezrealizowane wizje artystyczne, to można stwierdzić, że wcale tak wiele czasu nie minęło.
Jako dziecko nie wykazywał specjalnych inklinacji do muzyki, choć dziadek grał na skrzypcach, a mama śpiewała w chórze kościelnym w Radomiu. Coś musiało w nim jednak drzemać, bo w piątej klasie szkoły podstawowej (od 5 lat mieszkał już w Krakowie) uparł się, żeby pójść do szkoły muzycznej. I od tej pory przez wiele lat, aż do matury w liceum "ciągnął" równolegle dwie szkoły - normalną i muzyczną, gdzie zgłębiał tajniki wiedzy teoretycznej (zasady muzyki, harmonia) i uczył się gry na instrumentach - najpierw akordeon, potem trąbka i klarnet (z planem przejścia na bardzo popularny w latach 60-tych saksofon tenorowy) oraz oczywiście przez cały czas obowiązkowy, a dla niego ukochany fortepian (od najmłodszych lat uwielbiał Chopina). Ale prawdziwa muzyczna fascynacja, która miała decydujący wpływ na jego dalsze losy nastąpiła w czasach eksplozji zespołu The Shadows, a potem wspaniałych i niedoścignionych Beatlesów, których fanem jest do dzisiaj.
Zaczęło się wieczorne słuchanie radia Luksemburg i pojawiających się pierwszych pocztówek dźwiękowych. Ponieważ o nutach przebojowych utworów nie było wówczas mowy, wszystkie instrumenty trzeba było kopiować ze słuchu do czego przydały się lata szkoły muzycznej. Konrad Ratyński dość szybko opanował gitarę na tyle, że mógł myśleć o grze w jakimś zespole. A zespoły powstawały wtedy jak grzyby po deszczu, czasem lepsze, czasem gorsze ale wszystkie grały i śpiewały z olbrzymią pasją.
Swoją muzyczną przygodę ze sceną zaczął od zespołu w swoim liceum, później grał w Domu Harcerza, gdzie był trochę lepszy sprzęt muzyczny, a po pewnym czasie awansował na gitarzystę akordowego w bardzo popularnym krakowsko-nowohuckim zespole Ryszardy, gdzie szefem muzycznym był świetny gitarzysta solowy Rysiek Szczudłowski, z którym Konrad ma kontakt do dzisiaj. Dość długi okres pracy w Ryszardach to niezapomniane chwile i wielka radość z wykonywania muzyki. Bardzo różnej - od Beatlesów i Shadowsów, po Niebiesko- i Czerwono-Czarnych z Kasią Sobczyk, której utwory z wdziękiem śpiewała solistka Ryszardów Joasia Makiej. Z czasem Konrad zaczął więcej śpiewać, coraz częściej próbował grać na gitarze solowej i wprowadził kilka swoich pierwszych kompozycji z własnym tekstem do repertuaru zespołu.
Niestety, zmorą zespołów lat 60-tych były ciągłe przetasowania i zmiany personalne. Zespoły chcąc się rozwijać poszukiwały nowej jakości poprzez rotację muzyków. Również Konrad po rozstaniu z Ryszardami i krótkiej działalności w kolejnym zespole Popioły, gdzie był szefem muzycznym i wprowadzał swoje nowe autorskie utwory, przeszedł do bardzo znanego, już w pełni zawodowego, krakowskiego zespołu Szwagry. I co ciekawe na gitarę basową (takie było zapotrzebowanie). W ciągu dwóch tygodni opanował nie tylko bas, ale program Szwagrów i zaczęło się ostre granie na koncertach i wieczorkach tanecznych w klubach studenckich ("Socjalny" na Reymonta). Oczywiście królowali Beatlesi! Oni nagrywali nowe płyty, a zespół natychmiast wprowadzał ich wielkie przeboje do swojego programu.
Wielką frajdą było uczestniczenie na bieżąco w powstawaniu kolejnych arcydzieł Wielkiej Czwórki. W dzisiejszych czasach nie ma już tak wielkich autorytetów, a i o arcydzieła coraz trudniej. Peleton gwiazd i gwiazdek ściga się ze sobą "na śmierć i życie". Nikt nikogo nie kopiuje, bo to niby wstyd, a każdy produkuje swoje lepsze i gorsze utwory, które z reguły są bardzo podobne do siebie, utrzymane w aktualnych "trendach", ze zdecydowaną przewagą rozbudowanej technicznie formy nad treścią. Wszystko to jest podpierane układami, koneksjami i nie zawsze fair showbiznesową grą w oczekiwaniu na złoty deszcz sukcesu. No cóż - takie czasy! i tamto se ne wrati...
Podsumowując działalność Konrada Ratyńskiego w Ryszardach, Popiołach i Szwagrach, można powiedzieć, że były to piękne, młodzieńcze lata ogromnej fascynacji muzyką ówczesnych gwiazd i okres pierwszych prób wprowadzania w życie swojej własnej twórczości. Szkoda, że nie doszło do żadnych nagrań kilkunastu utworów Konrada wykonywanych przez te trzy zespoły. Amatorskie nagrania na magnetofon z prób i koncertów też gdzieś przepadły w zgiełku i kurzu galopującej historii.
Zanim w życiu Konrada Ratyńskiego pojawi się najważniejszy zespół, z którym romans trwa do dzisiaj, wypada przytoczyć parę wręcz anegdotycznych zdarzeń, potwierdzających ową ciągłą rotację muzyków i ich wędrówki pomiędzy kolejnymi zespołami.
Pewnego dnia mieszkanie Konrada (grał wówczas w Popiołach) odwiedziło dwóch młodzieńców w bardzo modnych wtedy tyrolach i lodenach (dla niezorientowanych: kapelusze i płaszcze). Stanęli w progu niczym agenci jakichś tajemniczych służb powodując w pierwszych sekundach lekkie zaniepokojenie gospodarza. Ale już po chwili wszystko było jasne. To Marian Koster wokalista Szwagrów i Jurek Tarsiński ich ówczesny gitarzysta. Kto mógł przewidzieć, że los zwiąże Konrada i Jurka ze sobą od tamtego momentu aż na 40 lat. Pracują ze sobą do dzisiaj mając siebie serdecznie dosyć, a jednocześnie się lubiąc. Oto życiowy przykład ambiwalencji (trudne słowo!). Owa wizyta była propozycją nie do odrzucenia - zostawiasz wszystko i przechodzisz do Szwagrów. Żaden muzyk nie oparłby się zaproszeniu do tak popularnego wtedy w Krakowie zespołu.
I teraz zabawny przykład muzycznego łańcuszka. Konrad Ratyński został zaproszony do Szwagrów jako gitarzysta akordowy na miejsce Jurka Piwowarskiego, który opuszczał zespół mając w planie bodajże wyjazd do Szwajcarii. Po paru dniach okazało się, że Tadek Gogosz grający wtedy w Szwagrach na basie został w tempie ekspresowym przeciągnięty do Skaldów, gdzie następowała właśnie rewolucyjna zmiana pierwszego składu. W związku z tym liderzy Szwagrów zadecydowali, że powołany na gitarę akordową Konrad będzie jednak grał na basie, a Marian Koster oprócz śpiewania chwyci za gitarę akordową. I wszystkie miejsca obsadzone!
A w Skaldach? Odeszli bracia Kaczmarscy (gitara solowa i akordowa) oraz Kuba Fasiński (perkusja). Na bębny wskoczył Jasiek Budziaszek, na gitarę solową Marek Jamrozy (Czarne Koty), na bas Tadek Gogosz, a dotychczasowy basista Skaldów Felek Naglicki na gitarę akordową. Po paru miesiącach Felek opuścił jednak Skaldów, a na jego miejsce wszedł Jurek Tarsiński (Szwagry), po następnej zaś "chwili" basista Tadek Gogosz odszedł do zespołu Czesława Niemena, a na jego miejsce wszedł nie kto inny jak Konrad Ratyński, który już nie był w Szwagrach, bo wrócił na studia na Politechnikę Krakowską po rocznym urlopie dziekańskim, który był mu potrzebny do pracy w tychże Szwagrach. Uff... chyba wystarczy!
A teraz o tym jak doszło do współpracy ze Skaldami. Konrad poznał Andrzeja Zielińskiego dużo wcześniej, kiedy grał jeszcze w Ryszardach, a Andrzej - student konserwatorium dorabiał sobie na pół lub ćwierć etatu jako instruktor muzyczny w nowohuckim Domu Kultury, gdzie oprócz innych podmiotów miał swoje przytulisko zespół Ryszardy. Andrzej zjawiał sie od czasu do czasu na próbach, posiedział, posłuchał, po czym zwykł mawiać: "co ja tu będę was pouczał, jak wy sobie świetnie dajecie radę" i pędził do dalszych zajęć, a miał ich wiele, bo oprócz studiowania pracował nad powstawaniem i pierwszymi dokonaniami własnego zespołu, a był to właśnie czas wykluwania się z niebytu późniejszej legendy muzyki rozrywkowej - Skaldów.
Po powrocie na studia, Konrad po roku pracy w Szwagrach, gdzie ostatecznie złapał bakcyla wykonywania muzyki na scenie i czerpania z tego niebywałej przyjemności nie mógł pogodzić studiowania przedmiotów technicznych na Politechnice z zaszczepioną miłością do muzyki i artystycznymi marzeniami. Decyzja o rzuceniu studiów była kwestią czasu. Potrzebna była tylko jakaś iskra. Tą iskrą było odejście od Skaldów basisty Tadka Gogosza.W związku z zaistniałą sytuacją dość szybko doszło do spotkania Konrada z Andrzejem Zielińskim, które odbyło się w krakowskich "Jaszczurach". Andrzej przyszedł ze sporą stertą nut pod pachą, a ich rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
Andrzej: "na kiedy jesteś w stanie sie tego wszystkiego nauczyć?"
Konrad: "a ile mam na to czasu?"
Andrzej: "niewiele"
Konrad: "będę gotowy za parę dni".
Konrad wiedział, że wygra z tą górą papieru nutowego, choćby miał siedzieć po nocach. Wiedział, bo tylko w ten sposób mógł zrealizować swoje pierwsze wielkie marzenie. Zagrać w renomowanym znanym zespole, który już ma za sobą pierwsze nagrania radiowe i płytowe, a przed sobą otwartą drogę do wszystkiego, co tylko można sobie wymarzyć. Nie wiedział wtedy jak kręta może być ta droga.
I został członkiem Skaldów. W najśmielszych domysłach nie przypuszczał, że aż na tak długo!
Paradoksalnie, prawie 40-letni okres pobytu Konrada Ratyńskiego w Skaldach zostanie potraktowany w naszej historii bardzo skrótowo i wybiórczo. A powody?
Po pierwsze losy Konrada wpisują się bardzo szczelnie w historię Skaldów, a ta w ogólnych zarysach jest powszechnie znana. Mało tego, jest bardzo podobna do historii wielu zespołów - gigantów, polskich i zachodnich zaczynających karierę w latach 60-tych i działających przez 30, 40 lat. Wszystkie te legendy grały niezliczone ilości koncertów, nagrywały co roku nową płytę (czasem nawet dwie), występowały w telewizji, udzielały setki wywiadów dla prasy i radia, posiadały tysiace zagorzałych fanów (z przewagą fanek) i prowadziły bogate zycie towarzyskie po koncertach. Zespoły te różniły się tylko dwiema rzeczami - rodzajem i stylem wykonywanej muzyki oraz intensywnością wyczynów (czasem na granicy skandalu) zaskakujących publiczność (czego to się nie robiło i nie robi także dzisiaj dla popularności?).
Dodatkowo polskie zespoły różniły się od zachodnich ilością środków płatniczych pobieranych za wykonywaną pracę. O ile te zachodnie za jeden duży koncert mogłyby sobie pożyć parę miesięcy lub dłużej (mogłyby, ale grały częściej, bo grały dla przyjemności, a pieniądze były tylko miłym dodatkiem zasilającym ich konta), o tyle polskie zespoły też grały dla przyjemności, ale musiały pilnie zerkać w stronę "kasy" chcąc zarobić na jako takie utrzymanie. Na zachodzie honoraria były tym większe im sławniejszy zespół, w Polsce zaś obowiązywały marne stawki jednakowe dla wszystkich bez względu na popularność i ilość publiczności zapełniającej sale. Mało tego, na te mizerne stawki trzeba było jeszcze uzyskać odpowiednie ministerialne uprawnienia (egzaminy, komisje) w przeciwieństwie do zachodu, gdzie wystarczyło być dobrym - nikt nie pytał o papiery.
Z konieczności więc, żeby można było w miarę godnie żyć, trzeba było pójść na ilość i efektem tego były długie trasy koncertowe (często ponad 20 dni w miesiącu) , na których nierzadko grało się 3 koncerty dziennie. Trafiały sie też rekordowe niedziele. Ot, taki skrajny przykład: godzina 10-ta rano koncert dla spragnionych big-beatu więźniów (plus niezapomniany rzut oka na wystrój i atmosferę więzienia), o 13-ej występ w ośrodku gminnym z okazji jakiegoś święta np. Dnia Strażaka i potem w jakimś większym mieście lub miasteczku regularna "młócka" (16-ta, 18-ta i 20-ta) z półgodzinnymi przerwami na wymianę publiczności i powietrza. Jak Skaldowie to wytrzymywali i jednocześnie byli zadowoleni - dzisiaj trudno pojąć. To musiała być jakaś fanatyczna miłość do muzyki połączona z energią i potęgą młodości.
Oczywiście oprócz tej "ilościówki" były też eleganckie wielkomiejskie koncerty o znaczącej randze i prestiżu odbywające się w dużych salach i na stadionach - niestety za te same "cienkie" stawki, co w małych salkach na prowincji. Czasami kierownicy zespołów próbowali stosować różne sztuczki typu: kilka płatnych prób, czy wynajem prywatnych wzmacniaczy na potrzeby imprezy, ale i tak były to śmiesznie małe uzyski.
Po drugie - wszystko na temat życia i twórczości Skaldów zostało juz napisane we wspaniałej 400-tu stronicowej książce (a raczej księdze) zatytułowanej "Skaldowie - historia i muzyka zespołu". Autorem tego dzieła jest Andrzej Icha, doktor nauk ścisłych z Trójmiasta, który z niesłychaną precyzją i godnym podziwu znawstwem opisuje niemalże dzień po dniu całą historię zespołu z tytułami płyt i piosenek, datami i szczegółami biograficznymi, których nawet sami Skaldowie bądź nie pamiętali bądź nie znali (np. opinie redaktorów czy innych artystów o zespole).
Serdecznie polecamy i mamy nadzieję, że książka jest jeszcze do zdobycia w księgarniach i "dobrych sklepach muzycznych" mimo iż została wydana już jakiś czas temu lata temu.
W związku z powyższymi wyjaśnieniami postaramy się przybliżyć tylko kilka kamyczków milowych na artystycznej drodze Konrada Ratyńskiego.
Na pewno takim znaczącym momentem był fakt znalezienia się po raz pierwszy kompozycji Konrada na płycie Skaldów. Była to "Miłość przez wieki się nie zmienia" na krążku "Stworzenia świata - część druga". Utwór ten już wiele miesięcy wcześniej znalazł uznanie NRD-owskiej wytwórni płytowej Amiga, która wysupłała go z Berlińskiego Radia (Skaldowie nagrali tam kilka utworów z niemieckimi tekstami) i umieściła z tytułem "Was liebe war" na dwóch płytach - składankach, jedna z różnymi polskimi wykonawcami (Beat, Rock & Blues aus VR Polen), a druga z wykonawcami z tzw. "demoludów", czyli krajów bloku wschodniego (Hallo 1/74). Debiut kompozytorski Konrada w Skaldach był więc dość udany. Potem na płytach "Szanujmy wspomnienia" i "Rezerwat miłości" Konrad umieszczał po jednym swoim utworze (zobacz: Utwory), a na kolejne jego kompozycje trzeba było czekać aż do płyty "Nie domykajmy drzwi", gdzie znalazły się cztery piosenki.
Początek lat 80-tych był dla Skaldów (jak i dla wielu innych muzyków i ludzi sztuki) trudny i niewdzięczny - zawierucha stanu wojennego, mniejsze zapotrzebowanie na koncerty i nagrania oraz brak Andrzeja, który po stanie wojennym (Skaldowie byli wtedy w Chicago) został na wiele lat w USA. Zespół praktycznie zawiesił na parę lat swoją działalność.
Ale na szczęście w drugiej połowie lat 80-tych po długich namowach i przekonywaniach ze strony Konrada i Jurka Tarsińskiego, Jacek Zieliński zgodził się na reaktywację Skaldów bez Andrzeja (Jacek długo czekał na powrót Andrzeja, pojechał nawet do USA, gdzie przebywał parę miesięcy bezskutecznie przekonując brata do powrotu). Po przyjeździe Jacka cała trójka ostatecznie doszła do wniosku, że dłużej nie można już czekać. Andrzeja zastąpił młody, bardzo zdolny pianista Grzegorz Górkiewicz, który gra ze Skaldami do dzisiaj, za bębnami zasiadł Wiktor Kierzkowski i ruszyli. Odnowili kontakty z radiem i telewizją, nagrali płytę "Nie domykajmy drzwi" i rozpoczęli regularne koncertowanie. Po pewnym czasie Witka Kierzkowskiego zastąpił "stary" Skald - Jasiek Budziaszek. A Andrzej wrócił po paru latach i od tamtej pory krąży między Polską a USA. Wpada, pogra trochę z zespołem (jest wtedy dwóch klawiszowców) i wyjeżdża, znów wpada i wyjeżdża. I tak jest do dnia dzisiejszego. Kiedy osiądzie w kraju na stałe? Ponoć już wkrótce.
No i na koniec najnowsze wydarzenie w życiu Skaldów, które jest dość ważne dla Konrada, bo nieoczekiwanie stracił szansę bycia jednym z ojców sukcesu tego artystycznego projektu. Ze zdziwieniem przyjął do wiadomości, że trzy przez niego przygotowane kompozycje nie znajdą się na najnowszej płycie zespołu "Harmonia świata". Taka mianowicie była decyzja jakiejś ważnej komisji Polskiego Radia. Wszystkie ustalenia odnośnie doboru i ilości utworów, tudzież "wystroju" płyty (szokująca okładka) zapadły poza zespołem. 40-letni Skaldowie nie mogli sobie sami wybrać utworów na swoją płytę. Mieli tylko nagrać wszystkie propozycje i grzecznie czekać na selekcję. No cóż, taka rzeczywistość - Polskie Radio finansuje nagranie i wydanie płyty - Polskie Radio decyduje. Szkoda tylko, że w przypadku kilku niekorzystnych recenzji (większość była sympatyczna) oberwali po uszach tylko Skaldowie, a nie eksperci decydujący o kształcie płyty. Komisja, która postawiła Konrada "do kąta" z pewnością nawet nie zauważyła, że jednym beztroskim ruchem naruszyła wieloletnią symbiozę artystyczną w Skaldach (trzech wokalistów, trzech kompozytorów). Doszło do paradoksu, iż jest to pierwsza płyta od 30 lat, na której nie ma choćby jednej piosenki Konrada i co jeszcze dziwniejsze pierwsza płyta od prawie 40 lat, na której Konrad-wokalista nie zaśpiewał ani jednej nuty.
Czy "Harmonia świata" jest lepsza bez piosenek Konrada i czy komisja słusznie je odrzuciła?
Faktem jest, że piosenki te są inne niż reszta płyty, odbiegają od tradycyjnej stylistyki Skaldów, jest więcej współpracy z komputerem (programowana perkusja) i nagrało je tylko dwóch Skaldów (Konrad i Jurek) w prywatnym studiu, a nie w Polskim Radiu. Ale czy komisja w szczególnej trosce o jednorodność płyty pod względem stylu i brzmienia nie była tutaj zbyt zasadnicza? Bo przecież antyfani Skaldów mogą odebrać tą jednorodność (szczególnie przy 17 utworach) jako jednostajność (żeby nie przynudzić, gwiazdy zwykle umieszczają na płytach 10 do 12 starannie wybranych utworów) i czy przypadkiem te zupełnie inaczej brzmiące piosenki Konrada nie dodałyby "Harmonii świata" trochę innego kolorytu i nie spełniły roli pomostu między od lat niezmiennym, charakterystycznym brzmieniem Skaldów, a współczesnością? Na te pytania odpowiedzieć mogą tylko słuchacze, bo stara prawda mówi, że różnym szacownym jurorom i komisjom zdarza się czasem pobłądzić, a rację prawie zawsze ma publiczność.
Po kilku miesiącach od premiery "Harmonii świata" można już chyba powiedzieć, że jej wejście na rynek nie wstrząsnęło jakoś radykalnie karierą Skaldów, a straty Konrada (głównie moralne) spowodowane jego twórczą absencją na płycie wydają się maleć wraz z upływem czasu.
Na koniec wypada nadmienić, że bardzo wiele osób zna już te trzy odrzucone "sierotki" Konrada i żałując, że nie ma ich na płycie gorąco namawia go na nagranie solowej płyty. Jest to dla Konrada bardzo miła zachęta, żeby się nie poddawać i faktycznie pomyśleć o skompletowaniu materiału na taką płytę.
Znając precyzję Konrada może to potrwać Ho! Ho!...., a może i dłużej.
Ale przecież nadchodzą długie jesienno-zimowe wieczory, a Konrad ma czas, jest przecież najmłodszy ze starego składu. Żeby tylko nie zabrakło chęci, zdrowia i uporu. Kto jest za - niech trzyma kciuki!!!